Archive for 20 października, 2012

Tajny i fajny zarazem wywiad ze Swiatosławem Florianem Nowickim ….

 Światosławie, jak duży wpływ wywierał na Ciebie Twój ojciec –  http://pl.wikipedia.org/wiki/Andrzej_Nowicki_(filozof) – czy byłeś „skazany na ateizm”? Czy przechodziłeś tzw. okres buntu w młodości, który zwyczajowo wiąże się z zakwestionowaniem systemu wartości, jaki reprezentują rodzice?

Astrologicznie biorąc, musiał być to wpływ znaczny (jego Słońce w Bliźniętach wypada w moim I domu, mam też ścisłą opozycję Saturna w Lwie w IV domu i Słońca w Wodniku w X domu). Przypuszczam, że wybrałem sobie takiego ojca, żeby skrócić swoją drogę do tego, co stało się głównym wątkiem mojego życia, tzn. do filozofii Hegla. Chodzi o to, że poszedłem, jak ojciec, na studia filozoficzne i nie było z tym żadnego problemu (że to zawód niepraktyczny itp.). Miałem też od razu w domu bibliotekę filozoficzną. Ale na pewno nigdy nie byłem kopią ojca, nigdy też nie uważałem go za swego mistrza. Jego zapędy pedagogiczne wziął na siebie starszy brat, jego ukochaną córeczką była młodsza siostra, ja miałem święty spokój – a przy tym jako ukochany synek mamusi nie miałem deficytu uwagi poświęcanej mi przez ojca, który był dość egocentryczny, zainteresowany głównie sobą. Bojowy ateizm ojca uchronił mnie przed chrztem w niemowlęctwie i przed katechizacją w okresie szkolnym. Jestem więc całkowicie wolny od tego balastu i od katolickich kodów wprowadzonych do podświadomości. Żadnego buntu nie przechodziłem, gdyż po pierwsze nie miałem się przeciw czemu buntować, po drugie okoliczność, że grono przyjaciół z lat szkolnych i studenckich światopoglądowo odbiegało wyraźnie od panującego w domu systemu wartości ojca (mama była światopoglądowo całkowicie indyferentna), nie stanowiła dla nikogo żadnego problemu, a po trzecie wszystko zawsze miało u mnie przebieg łagodny (nie pamiętam, żebym w jakiś widoczny sposób przechodził mutację, nie miałem żadnych trądzików młodzieńczych, a nawet coś w rodzaju procesu indywiduacji, który przechodziłem na przełomie swoich lat trzydziestych i czterdziestych, nie zawierał żadnych dramatycznych zmagań z własnym „cieniem”)..

Czy pamiętasz swoje pierwsze zetknięcie z astrologią? Czym urzekła Cię królowa nauk, a może pojawił się u Ciebie sceptycyzm?

Moim pierwszym zetknięciem z astrologią było chyba to, że siostra przyjaciela, Dominika Książkiewicza, Marytka, która odegrała dużą rolę w moim życiu, znała skądś charakterystyki znaków zodiaku i używała tej wiedzy w rozmowach na temat znajomych i swoich osobistych upodobań co do różnych astrologicznych typów. To było jeszcze w latach sześćdziesiątych/siedemdziesiątych. Sam się zająłem astrologią latem 1984, w wieku 37 i pół roku, kiedy to moja ówczesna żona kupiła mi „Mandalę życia” Weresa i Prinkego. Lektura tej książki wywarła na mnie piorunujące wrażenie i zaraz w ten kanał poszło u mnie bardzo wiele energii umysłowej. Nie musiałem wówczas przezwyciężać sceptycyzmu w odniesieniu do astrologii, gdyż byłem raczej na etapie przezwyciężania swojego dość jeszcze wówczas jednostronnego racjonalizmu. Czym mnie urzekła astrologia? Pewnie tym, że dawała pole do popisu moim spekulatywnym upodobaniom i uruchomiała symboliczną wyobraźnię. Miała cechy podobne do sztuki, pozwalała poruszać się w obrębie konkretnie zakreślonych ram z wystarczającą wolnością duchową. Oczywiście, była też narzędziem do pogłębienia własnej samowiedzy zgodnie z zasadą „poznaj samego siebie”. Miała też walory towarzyskie. Fakt, że ktoś był astrologiem, wzbudzał wówczas widoczne zainteresowanie, zwłaszcza kobiet.

 Co jest największą siłą astrologii?

Siłą astrologii jest bogactwo jej symbolicznego systemu, przewyższające wyraźnie inne systemy psychologiczne. Poza tym czymś jedynym w swoim rodzaju jest właściwa jej możliwość zróżnicowanego odniesienia do każdego indywidualnego przypadku. Każdy ma bowiem indywidualny horoskop, różny od horoskopów innych ludzi. Następnie, astrologia pozwala na dynamiczne podejście do życia, daje możliwość poznawania go jako procesu. Przede wszystkim zaś może być ona kluczem do rozwiązania głównego problemu życia, jakim jest rozpoznanie jego konkretnego sensu.

 Co postrzegasz jako jej słabość?

Słabością astrologii jest to, że jej wartość jest bardzo zależna od kwalifikacji i uzdolnień astrologa. W rękach głupiego astrologa będzie głupia, w rękach mądrego – mądra. Nie ma co się łudzić, że na wszystko są gotowe astrologiczne formułki, które należy po prostu wkuć, a następnie mechanicznie je stosować. Jeżeli miałoby to być ideałem astrologii, to w moim odczuciu byłoby to zarówno poniżej godności astrologa, jak i jego klienta. Jeżeli uznać, że astrologia jest „zaglądaniem Panu Bogu za zasłonkę”, tzn. wdzieraniem się w obszar spraw celowo utajnionych, zgodnie z zasadami gry, jaką jest inkarnacja na Ziemi, to z góry trzeba się zgodzić na to, że astrologia musi mieć określone ograniczenia, w szczególności nie może dawać wiedzy stuprocentowo pewnej. Nie może z tego zasadniczego względu, że symbole astrologiczne są ogólne i wieloznaczne, co nie pozwala na logiczne przejście do jednoznacznego konkretu. Każdy astrolog się skompromituje, jeśli stwierdzi, że potrafi dawać takie jednoznaczne konkrety – tego rodzaju, że król zginie trafiony na turnieju kopią w lewe oko. Astrolog musi sobie zdawać sprawę, że astrologia działa w sposób spektakularny, jeśli rozpatrywać coś ex post. Wtedy wszystko, oczywiście, się zgadza, ale to, co się zdarzyło, jest tylko jedną z możliwych konkretyzacji jakiejś ogólniejszej gwiezdnej kombinacji. Przy badaniu ex post powstaje więc złudzenie ścisłej astrologicznej determinacji, podczas gdy występuje co najwyżej determinacja luźna.
 Od dawna zbierasz sny i interpretujesz je w spektakularny sposób. Służy Ci cały zastęp „śniących, zwłaszcza płci żeńskiej” – w tym moja skromna osoba. A jak jest z Twoim śnieniem? Czy uważasz, że kobiety śnią lepiej?:)

Chyba średnio biorąc kobiety śnią lepiej, są bardziej uzdolnione medialnie itp. Ja nie mam funkcji śnienia szczególnie rozwiniętej. Ale np. mój ojciec miał zawsze bardzo rozbuchane i interesujące życie nocne. Na początku lat dziewięćdziesiątych miał nawet całą serię snów na tematy chińskie – kilkaset, z czego 100 opisał w książce „Las chińskich snów” (niestety, nie wydanej). Natomiast o snach mamy niewiele można powiedzieć. To, że ja zajmuję się głównie snami kobiet, wynika być może z tego, że w ogóle w dziedzinie ezoterycznej współpracuję raczej z kobietami, co jest zapewne związane z tym, że mam Księżyc w Rybach w XI domu (por. http://arnion.bloog.pl/id,330120234,title,Nowil-czyli-tylko-dla-ezoterycznych-astrologow,index.html).
 Wspierasz „Ruch Palikota” (Ezoteryczny Ruch Wsparcia Palikota Tak Zajebisty Że Plebs Nie Ogarnia) – czy miałeś okazję rozmawiać z nim osobiście? Gdybyś mógł być przez chwilę jego politycznym doradcą, jakie sugestie byś sformuował?

Zacząłem na swoim blogu i na facebooku wspierać Ruch Palikota pod wpływem swojego własnego snu, w którym wystąpiła moja była żona, Wanda Nowicka. I to jest dowód na to, że i ja miewam sny. Zinterpretowałem wówczas ten sen jako zapowiedź, że Wanda wejdzie do

Sejmu z drugiego miejsca na liście warszawskiej Ruchu Palikota (http://arnion.bloog.pl/id,330295303,title,Panu-Terlikowskiemu-juz-dziekujemy-to-nie-o-niego-chodzilo,index.html), a żeby dopomóc w sprawdzeniu się tej przepowiedni, prowadziłem agitację w internecie. Osobiście nigdy z Januszem Palikotem nie rozmawiałem. Jakie miałbym ewentualnie dla niego sugestie? Uważam, że jego ruch powinien być otwarty na wszystkie mniejszości, w tym również na niuejdż w szerokim rozumieniu. Jako warszawski Klub Gnosis doświadczaliśmy wsparcia ze strony SLD, a niechęci ze strony PiS-u, PSL-u i PO. Kiedy za sprawą zmiany układu sił w sejmiku mazowieckim wyprosili nas z Mazowieckiego Centrum Kultury i Sztuki, przygarnął nas Krystian Legierski, najpierw do „Le Madame”, a potem do „Ust Mariana”. A w czasie kampani wyborczej jesienią 2011 znakomita większość moich ezoterycznych znajomych z facebooka bez większego namysłu poparła Ruch Palikota. Jako środowisko i również jakiś odłam elektoratu jesteśmy organicznie antykościelni, ale mamy też na ogół jakaś wizję przyszłości i niejedno moglibyśmy podpowiedzieć, bo przecież to i owo wiemy – jako astrologowie, wizjonerzy itp. Przypomnę choćby, że osobiście poinformowałem w 2001 roku Bronisława Komorowskiego, iż zostanie prezydentem (i to przed upływem kadencji poprzednika). Por. Polityka, 41 (2777), 9 października 2010 – „Minister od krzyża”.

 Jesteś specjalistą od Hegla. Jak sądzisz, czy byłby on szczęśliwy, gdyby żył w obecnych czasach, a dokładniej we współczesnej Polsce?

Według Hegla każdy jest dzieckiem swojego czasu. Nasz czas nie jest więc czasem tego Hegla, który wzniósł filozofię europejską na jej szczyty w początkach XIX wieku. Jeżeli Hegel za życia miał przesadne oczekiwania co do recepcji swoich idei przez publiczność, a potem, mimo spektakularnego, światowego sukcesu, jaki odniósł w okresie berlińskim, stwierdzał wielokrotnie z rezygnacją, że nawet profesjonalni recenzenci nie są w stanie zrozumieć jego tekstów, to w naszych czasach, w Polsce, znalazłby się w jeszcze gorszej pod tym względem sytuacji. Hegel w dziedzinie filozoficznej nie ma już więcej nic do powiedzenia. Powiedział mi, że wszystko, co miał do powiedzenia, jest w jego pismach i jest to absolutnie jasne. A jeśli ludzie tego nie rozumieją, to niech idą do innych filozofów albo „zum Teufel”, czyli do diabła. Czyli sądzę, że nie byłby szczęśliwy, żyjąc w dzisiejszej Polsce. Zamiast niego jestem w Polsce ja. I zgadzam się z nim, że wszystko, co trzeba, napisał i że jest to jasne. Ale raczej nikt poza mną się z tym nie zgadza.
 Przygotowujesz nową książkę, zdradzisz szczegóły? Czy jej premierę będziesz „konsultował” z Gwiazdami?

Przygotowuję książkę na temat filozofii Hegla. Jej idea polega na tym, żeby otworzyć oczy czytelnika na to, co jest rzeczywiście napisane w tekstach Hegla. Rzecz bowiem w tym, że czytelnicy Hegla mają w przeważającej większości jakąś umysłową blokadę, która czyni ich na to ślepymi. Wynika to pewnie z faktu, że mają już uprzednio gotowe wyobrażenia na temat tej filozofii na podstawie informacji zaczerpniętych z drugiej lub trzeciej ręki. Niech więc lepiej zaczerpną je z mojej ręki, bo ja potrafię te teksty czytać. No i nie mógłbym spokojnie odejść z tego świata, zabierając swoją wiedzę o filozofii Hegla do grobu. Nie odczuwam potrzeby konsultowania z gwiazdami niczego, co dotyczy Hegla, gdyż zawsze w tym zakresie miałem ze strony tzw. rzeczywistości ułatwienia, podczas gdy na innych frontach – niekoniecznie. Napiszę tę książkę – i tyle. I tak jest ona adresowana do dość wąskiego grona. I do niego trafi, jak sadzę, nawet bez gwiezdnej protekcji.